wtorek, 16 lipca 2013

Rozdział III



„ (…) ale dziś jest inaczej, jakby cos się zmieniło. Choć Słońce świeci jak wczoraj, choć ziemia obraca się z tą samą prędkością. Coś się zmieniło, jestem tego pewna!”

                Ten dzień był jakiś inny.  Pełniejszy. Pełen dzikiej satysfakcji, energii, która przybywała z różnych stron. Tak, zdecydowanie dawno nie przeżywałam takich dni.  Jakby te góry, zakopiańskie góry budziły mnie do życia, lekki  puch, który topił się na mojej twarzy zsyłał z nieba siłę, wiarę i wszystko to, czego potrzebowałam. Już naprawdę dawno nie miewałam takich dnia, jak dziś.
                Idąc miałam ochotę podskakiwać. Każda piosenka w mojej MP3 wydawała mi się zbyt smętna, zbyt wolna.  Szybko zrezygnowałam z dalszego słuchania. Zdecydowałam się na zupełnie inny rodzaj muzyki. Na taką muzykę płynącą prosto z mojego wnętrza, gdzie słowa i melodia nie były istotne, a i tak czułam całą paletę emocji. To trudne do wytłumaczenia. Po prostu nuciłam coś pod nosem i szłam dalej.
                Nagle coś przyszło mi do głowy. Zatrzymałam się, a później z pewnym siebie uśmiechem zawróciłam. Musiałam w końcu to zrobić. To był ten czas, aby choć niektóre rzeczy mogły wrócić na swoje miejsce. Choć te, na które miałam bezpośredni wpływ, w obecnej chwili.
**
„Ta chwila wszystko zmieni. Czy ty to wiesz? Ja aż za dobrze. To taki symbol, to zwykła chwila. Ale może to już czas. Tak, to na pewno jest już ten czas.”
Niewielki zakład fryzjerski był moim punktem docelowym. Tak, w końcu musiałam się tu wybrać. Lepiej, żeby mój siostrzeniec nie oglądał mnie w tej czerwieni na głowie.
Podeszłam do jednej z fryzjerek i niepewnie, jak na mnie powiedziałam.
- Chciałabym wrócić do naturalnego koloru. Stęskniłam się za moim starym, dobrym ciemnym brązem.
- Się rozumie!- zawołała z dzikim zapałem i niemal rzuciła się na moje włosy.
Przełknęłam głośno ślinę i zacisnęłam powieki. Przecież nic gorszego nie mogło spotkać moje włosy, prawda?
**
„ Człowiek rodzi się, nabywa doświadczenia, kształci swoją osobowość, otrzymuje wiedzę, która pomaga mu nie błądzić po skomplikowanym świecie. Zaraz. A może odwrotnie?”
                Tuzin krwistoczerwonych róż oraz drugi tuzin śnieżnobiałych.  Jednym słowem wielki, patriotyczny bukiet najpiękniejszych kwiatów na świecie. Zabawne ozdoby z maleńkimi bucikami dziecięcymi, grzechotkami i butelkami podoklejane między różami.  Balony w kształcie skoczka w locie oraz trochę większe fruwające nad sufitem z ponaklejanymi zdjęciami przedstawiającymi skocznie. Tak, tą najpiękniejszą skocznie na świecie, Wielką Krokiew. Miniaturowy kombinezon narciarski z cyfrą 50 na plecach i z wyszytym złotą nitką napisem „Stoch”. Do tego maleńkie, wykonane ręcznie narty. Nie było na nich ani centymetra wolnego miejsce, przez dziesiątki podpisów nowych cioci i wujków, którzy chcieli w ten sposób pokazać, że przyłożyli do tej pamiątki swój czas i dobre chęci.
                Całe to szaleństwo zalegało na szpitalnej podłodze, wśród przekrzykujących się nawzajem damskich i męskich głosów. Stałam kawałek dalej, koło automatu z kawą i przyglądałam się z rozbawieniem całemu zajściu. Nie byłam pewna, czy oni specjalnie w ten sposób chcą zostać wyrzuceni ze szpitala, czy po prostu liczą na to, że Kamil i Ewa ich usłyszą i żadna niespodzianka, o której z takim podekscytowaniem rozmawiają nie wypali. 
                Ruszyłam w ich stronę, odrobinę niepewnie, żałując w głębi, że do fryzjera nie wybrałam się dzień później. Przecisnęłam się bokiem i już miałam skręcić w lewo, aby wejść do Sali, kiedy…
- To może Olka niech nas zapowie i tyle. Po niej nie spodziewają się takich ekscesów!- zawołał Dawid wskazując na mnie palcem.
Zaległa cisza. Jedni zastanawiali się nad trafnością jego spostrzeżenia, drudzy przyglądali mi się w dość sceptyczny sposób. Maskotką kadry i sztabu na pewno nie byłam.
- Że co?- spytałam mając nadzieję, że zaraz się rozpłynę.
Usłyszałam jak ktoś wypuścił głośno powietrze, a po chwili usłyszałam Jego głos.
- Zrobisz to?
Nie mogłam się powstrzymać przed tą małą rozkoszą, spojrzenia mu w oczy. Rozkoszą? Może to źle dobrane słowa. Bliższe było by porównanie do osoby uzależnionej od podcinania sobie żył. Boli jak diaski, ale w paradoksalny sposób na krótki moment daje ukojenie.  To chyba najtrafniejsze porównanie ‘naszej relacji’ jaką kiedykolwiek wymyśliłam.
- Coś konkretnego mam powiedzieć?- zapytałam po chwili odwracając wzrok na pozostałych. Dostrzegłam piękną paletę emocji. Żadnej pokerowej twarzy, wszyscy wyrażali dokładnie to, co czuli. Niechęć, zadowolenie, nienawiść, wahanie, zamyślenie. Żadnych rewelacji.
**
„Przyjaciele tworzą rodzinę. Twoją własną rodzinę, którą najtrudniejsza sytuacja może wzmocnić, a najbanalniejsza zniszczyć.”
Otworzyłam drzwi i weszłam do środka.   W myślach miałam większy chaos niż zazwyczaj. Ciągle słyszałam głos Dawida,  by po chwili usłyszeć żart Piotrka, nakaz Kuby i ostrzeżenie Marceliny. Do tego jeszcze dziewczyny, o których istnieniu nie miałam pojęcia ciągle powtarzały o uśmiechu i budowaniu dobrej atmosfery przed ich wejściem. Nawet trener Kruczek nie omieszkał ostrzec mnie przed tym, abym starała się zatrzymać kąśliwe uwagi i niemiły ton. Nie miałam pojęcia skąd oni wszyscy wiedzą o mnie tak dużo. Nie powiem, odrobinę mnie to zaskoczyło, żeby nie powiedzieć przeraziło.
- Jestem już.- powiedziałam siadając na krzesełku naprzeciwko nowo upieczonego tatusia, który właśnie trzymał swojego pierworodnego w swych objęciach.- Straszne tłumy przed tym automatem.
- Już chciałam mówić Kamilowi, żeby poszedł cię poszukać. Myślałam, że może automat nie chciał oddać ci reszty i demolujesz szpital.- zaśmiała się Ewa.
- To ty opowiadasz o mnie takie historie?- spytałam zbulwersowana łącząc puzzle.  Niemal zdrętwiałam zdając sobie sprawę jak podobne były wypowiedzi ‘tych zza drzwiami’ od mojej rodzonej siostry.
- Sama stworzyłaś taki obraz.- pokazała mi język i jak mała dziewczynka wyciągnęła ręce w kierunku malucha.
Pokręciłam głową  zdegustowana.
- Czy mój siostrzeniec ma jakąś tajemniczą moc, która pozbawiła was zdrowego rozsądku? Ciągle tylko wzdychacie nad nim. Już mama jest bardziej trzeźwa niż wy.- wyrzuciłam z siebie spokojnym tonem.
- Oj przestań zrzędzić. Jak będziesz grzeczna to na krótki moment też go potrzymasz.- powiedziała Ewa przejmując małego.
Ta rozmowa zmierzała bardziej w kierunku, abym z krzykiem wybiegła z tego szpitala niż była przesłodzonym wstępem wielkiego cyrku, który czekał tuż za drzwiami.
- Dobra, daj go.- powiedziałam siląc się na pewny siebie głos.
Spojrzeli na mnie oboje z niedowierzaniem.
- Jesteś pewna? –spytał lekko przestraszony Kamil zerkając niepewnie to na mnie to na Ewę.
- Tak, jestem pewna.- tym razem nie mogłam się powstrzymać od lekkiego drżenia głosu.  Każde dziecko wywoływało u mnie paniczny strach. Strach przed nieograniczonymi zasobami odpowiedzialności.  Ale w końcu, co takiego mogło się stać. Prawda?
Ewa wyciągnęła ręce wraz z małym zawiniątkiem. Widziałam jej skupienie na twarzy. Bała się! Tym bardziej musiałam to zrobić. To taka swoista marchewka. Jeśli ktoś obawia się, że coś ci nie wyjdzie to tym bardziej to zrób, aby udowodnić, że stać cię na to.
- Nie ta ręka!- pisnęła zdenerwowana.
Kamil błyskawicznie zjawił się tuż za mną i asekuracyjnie pomógł mi odpowiednio schwycić dziecko.
- Olka i dziecko, Kamil podaj mi aparat. To może się już nie powtórzyć!- zaśmiała się już pewniejsza Ewa.
Tak, ona może była pewniejsza, czego zupełnie nie można powiedzieć o mnie. Ręce zdrętwiały mi ze strachu, a nogi wrosły w ziemię. Byłam pewna, że jeśli ta mała istota zaraz zacznie płakać to ja zrobię to samo.  
Spojrzałam na niego. Spał! Mimo trzaskającego z zawrotną prędkością mojego serca, on potrafił tak po prostu spać. Jakim cudem? Nie miałam pojęcia.
Wtedy przypomniało mi się o mojej misji. Wykorzystałam okazję, że Kamil zaufał mojemu nieistniejącemu instynktowi macierzyńskiemu i podeszłam do drzwi.
-Gdzie idziesz?- spytał Kamil wstając z miejsca. Uwielbiałam wzbudzać emocję. Kochałam to.
- Ten mały osobnik.-powiedziałam wskazując głowa na chłopca w moich rękach.- Ma większe szczęście niż mu się wydaje . Zyskał tak wielką rodzinę, że najwyższy czas aby w końcu ją poznał.
Kopnęłam lekko drzwi i odsunęłam się na znaczą odległość od nich. W między czasie spojrzałam na zaskoczonych i odrobinę zaniepokojonych państwa Stoch. Później było już tylko gorzej, chmara uśmiechniętych wujków i cioci weszła do sali niczym tornado, trzymając w rękach wszystko to, co wcześniej zalegało na korytarzu.  Miałam takie pozorne i bardzo złudne wrażenie, że jestem częścią tej wielkiej rodziny.  Złączonej na zawsze rodziny, która mimo braku podobnych genów jest również istotna, niezniszczalna. Jedna wielka rodzina, którą złączyła miłość do skoków narciarskich. A ja naiwnie stałam otoczona nimi wszystkimi i wierzyłam, że to mój świat.
**
                O dziwo, malec zdobył większe uznanie wśród tej mniej urodziwej płci. Kamil wraz z resztą swoich przyjaciół już snuli plany na przyszłość. Bez przerwy wymieniali się pomysłami na to kiedy najlepiej zacząć trenować, kiedy zacząć jego wielką przygodę ze skokami. Bo przecież to było już pewne. Pierworodny syn mojej siostry i jej męża, chłopiec, którego z takim strachem trzymałam jeszcze parę minut temu, na rękach miał zostać wielkim mistrzem. Niezaprzeczalnie i bezdyskusyjnie. Rozmawiali z takim podnieceniem, że czasami zastanawiałam się, czy w tym narciarskim świecie ten maluch jest kimś w rodzaju następcy tronu?
Kręcenie głowy pozostałych kobiet i rozbawione przewracanie oczami Ewy wcale mnie nie oddalały od tej myśli.
Żyłam w jakimś równoległym świecie. Pełnym latających mężczyzn i rodzących się niemowlaków. Tego było za dużo nawet lub przede wszystkim jak dla mnie.
- Tak w ogóle to jakie imię wybraliście do tego waszego dziedzica?- spytałam
Zadziałało to jak czerwona płachta na byka. Jak lawina. Gdyby nie nieletnia osoba w pomieszczeniu zaklęłabym jak szewc.
- Może Michał?- zaproponowała Marcelina.
- Nie! Lepiej Marcin- podrzucił Stefan.
 - Szymon?- spytał Piotrek.
- Wiem, wiem! –próbował zwrócić na siebie uwagę Maciek.- Maciej.
Zasłoniłam twarz rękami. I to ja byłam dziecinna? Nie sądzę.
Pozostali zrobili najwyraźniej to samo bo Kot zamilkł obrażony, usadzając swoje szanowne litery na jednym z krzeseł.
- Aleksander?- zaproponował Kuba.
- Może Zygmunt?- zaśmiał się Dawid.
- Sam jesteś taki Zygmunt- zironizowałam.
Wtedy drzwi się otworzyły. Wszystkie spojrzenia skierowały się w stronę wysokiego mężczyzny, który wszedł do środka. Mimo to nie dostrzegłam na jego twarzy nawet grama zażenowania czy wstydu.  Wszedł do środka posłał olśniewający uśmiech w kierunku mojej siostry i wręczył jej skromny bukiet, czterech herbacianych róż.  
Tak, on był tego typu mężczyzną, który jednym niby zwyczajnym i nie wymagającym żadnego wysiłku, czynem, kradł serca wszystkich kobiet w odległości 10 kilometrów.  W skrócie, idealnie zaprojektowany pozer. Jeszcze krócej i prościej? Pies na baby.
- No! Już myślałam, że nie przyjdziesz!- zawołała zadowolona Ewa.
- Skoro już mam być tym chrzestnym to głupio byłoby nie odwiedzić pierwszego chrześniaka jaki mi się niespodziewanie nadarzył- odparł i  wyjął z kolorowej torebki pluszaka. Małego, białego słonia.
- Tak na szczęście .- zażartował podając go Kamilowi.
- A propos imienia i waszej wyliczanki. Razem z Kamilem zdecydowaliśmy, że nasz syn będzie nosił imię mężczyzny, który uratował mnie z opresji i motocyklem przywiózł do tego szpitala- wytłumaczyła dumnie Ewa patrząc na nasze zaskoczone twarze.- Powitajcie Sergiusza Stocha.

** Muzyka

„Czemu pamięć dalej ma twój smak?
zapach wciąż ten sam,
Czemu na rozstaju naszych warg ocean pragnień?”

                Kiedy wyszłam ze szpitala było już szaro na dworze. Byłam wykończona jak po przebiegnięciu całego maratonu. Po cichu liczyłam na to, że uda mi się tak po prostu dotrzeć do mojego tymczasowego miejsca zamieszkania. Marzyłam o długiej odprężającej kąpieli i poduszce, która rozumiała mnie, jak nikt inny.
Moje życie nie mogło być takie proste.  Nigdy takie nie było i nie było najmniejszej szansy na to, aby to się zmieniło.
Usiadłam na kamiennych schodach tuż obok niego.  Nie musiałam patrzyć na niego, aby wiedzieć o czym myśli. W przerażający sposób rozumiałam jego uczucia bardziej niż którekolwiek z nas by tego pragnął.
Westchnęłam.
- Jakby tak się zastanowić to odrobinę ją rozumiem.- zaczęłam choć wcale nie miałam ochoty na bronienie jej.
Miałam być szczera? Ok. Ale żadnej przyjemności z tego nie czerpałam. Nawet najmniejszej.
- To miało mnie pocieszyć?-spytał retorycznie, po czym dodał- Tak między zdaniami, Miętus to jej kuzyn.
Niemal zakrztusiłam się na tą nowinę.  Gafa. Kolejna gafa w moim wykonaniu!
- Wiesz co? Czy tego chcę czy nie, muszę przyznać, że mimo wszystko ona nie zasłużyła na taki wyrok nad jakim się zastanawiasz.- powiedziałam szczerze, choć z lekkim lękiem, którego przyczyny jeszcze nie znałam.
-Teraz bawisz się w sędziego?
- Mówię poważnie. Jeśli ta zdrada to tylko moja fantazja… to ona zasłużyła na wybaczenie.
- Ależ ty łaskawa- zakpił.
- Najprawdopodobniej to przez nadmiar emocji, tych wszystkich wydarzeń, powrotu do was i dziwnego imienia mojego siostrzeńca. Ale dzięki temu lub właśnie przez to, mówię ci, jeśli ją kochasz to po prostu wstań i idź do niej. Takie poddawanie się i bezczynność nie jest w twoim stylu, Maćku.

Nie wstał. Nie ruszył się nawet o milimetr. Wiedziałam, że w jego wnętrzu rozgrywa się kolejna walka. Tą swoją bezczynnością dawał mi więcej nadziei niż bym sobie tego życzyła, więcej niż sobie zasłużyłam.  

Wtedy wstał. Brutalnie rozerwał moje serce, jak wtedy ja jego. Po prostu wstał i niemal wybiegł, pozostawiając mi ciche „dziękuję” i tą przygniatającą świadomość. 


Kochał ją…


„Gdy wszystko co chce niebo dać- zamieniam w ogień,
wszystko co chce niebo dać- umyka z objęć,
kiedy bliskość nas rani aż tak.”

**
Teraz będę nie skromna xD 
Są momenty, które osobiście bardzo lubię, mam do nich taki mały sentyment albo aż za bardzo do mnie pasują xD
Chciałabym żebyście sami szczerze napisali, jaki jest ten rozdział według Was. Każda opinia jest dla mnie ważna.
Rozdział zainspirowany nową płyta Patrycji Markowskiej oraz cała ta aferą z 'RoyalBaby';P
Pozdrawiam!
12 dni do LGP!


poniedziałek, 8 lipca 2013

Rozdział II, cz.II



                Nie był zbyt pomysłowy. Nie zaopatrzył się w fajerwerki, w broń masowego rażenia też nie. Nie oberwałam czymś niespodziewanie w głowę i nie zostałam spalona na stosie. Zaklęcia z zieloną smugą też nie dostrzegłam. Mimo to zdawałam sobie sprawę, że Maciek miał w sobie to coś. Bo kiedy chłopacy odeszli do szatni i w pewien sposób mogliśmy liczyć na większą intymność, powoli zaczął wybuchać. Dość nie typowo, tak bardzo po swojemu.
                Gdyby nie chodziło o moje życie zapewne zaśmiałabym się w momencie, gdy ze wściekłością przyciskał dłonie do swojej twarzy wydając bliżej nieokreślone dźwięki. Nie byłam pewna, czy to jakiś rodzaj kociego warczenia? 
Tak, wiem sprawa była poważna, a ja pozwalałam sobie na niezbyt zabawne żarty. Czasem ciężko było mi się powstrzymać .
                Zobaczyłam, że oddalił się ode mnie kawałek. Zapewne  bojąc się, że wszelkie nauki jego kochanej mamusi, o byciu gentelmanem, pójdą w las. Później zrobił coś, co mnie całkowicie zaskoczyło. Podszedł do najbliższej zaspy, chwycił w ręce śnieg i przejechał nim po twarzy. Gwałtownym ruchem roztarł całą garść śniegu. Raz. Drugi. Trzeci.
                Hamowałam śmiech. To nie moja wina, ten widok naprawdę był komiczny! Nie mogłam powstrzymać też innej czynności. Chwyciłam do ręki śnieg i zanim zdołałam się powstrzymać rzuciłam w niego, trafiając w sam czubek głowy. Wybuchłam śmiechem. Panicznym bo panicznym ale zawsze śmiechem.
-Co z tobą nie tak?!- zapiszczał na pół wściekłym, na pół zrozpaczonym głosem. Śnieg działał cuda. Maćka wściekłość topniała. Cud też może mieć różne definicje.
- Lubię rzucać się śniegiem?- szepnęłam patrząc na niego nie pewnie. Onieśmielał mnie, co było dość frustrujące.
- Po co się tu pojawiłaś?- spytał siadając w zaspie.Gniew minął.Znów był spokojny.Jakby sypał się w każdej chwili. Poczułam potrzebę przytulenia go.
- Maciek… Ja nie chciałam wracać. Szef mnie zmusił.- instynktownie ściszyłam głos modląc się jednocześnie, że usłyszał i nie będę musiała powtarzać tego jeszcze raz.
- Dzięki za szczerość- powiedział sarkastycznie.- Też żałuję bo naprawdę liczyłem, że już więcej nie będę miał tego zaszczytu.
Trochę zabolało. Nie mogłam aż do tego stopnia się okłamywać, bolało jak cholera.  Poszłam za jego przykładem i usiadłam na śniegu, naprzeciwko niego.  

Naprawdę musieliśmy wyglądać durnie. Jak dwoje dzieciaków obrażonych na cały świat. Odrobinę wyrośniętych dzieciaków…
- Olka?!- zawołał podbiegając do mnie Kamil.- Co ty tu robisz?
Wypuściłam sfrustrowana, powietrze z ust.
- Nagle dziś wszyscy mnie rozpoznają?- syknęłam wkurzona.
- Zapomniałaś ufarbować podły charakterek.- zironizował Maciek.
Zignorowałam go.
- Nie czas na wasze kłótnie- powiedział Kamil i zwrócił się do Maćka.- Nie odbiera, a teściowa powiedziała, że wyjechała parę godzin temu, zabrała mój samochód i wyjechała zrobić jakąś sesje. Mam złe przeczucie.
- Jesteś pewien, że  nie ma jej gdzieś tu? – spytał Maciek, wstając ze śniegu.
- Jestem pewien, sprawdziłem chyba wszystkie możliwe miejsca.
- Zaraz!- przerwałam im drżącym głosem.- Chodzi o Ewę?
- Tak. O Ewę, ale spokojnie, nie musisz się martwić.- zaczął Maciek.- Niby dlaczego miałoby cię obchodzić, co dzieje się z Twoją siostrą, która jest w zaawansowanej ciąży. Przecież to dla ciebie błahostka. Ty i tak interesujesz się tylko czubkiem własnego nosa.
- Ewa mnie zawsze interesuje! To nie twoja sprawa więc możesz sobie już iść. Nie jesteś członkiem rodziny więc nie wciskaj swojego dupska, gdzie cię nie chcą.- wyrzuciłam z siebie jadowitym głosem.
- Przestańcie!- krzyknął Kamil. Nigdy nie widziałam go tak zdenerwowanego. Był zagubiony i nie ma, co ale ostania prosto dzieliła go od popadnięcia w obłęd.
- Ok, co zamierzasz teraz zrobić?- spytał Maciek.
- Chcę ją poszukać z tym, że nie wiem gdzie jest.-odparł żałośnie Stoch.
Stałam tam, choć byłam obecna jedynie ciałem. Mój duch, moje wszystkie myśli były z nią. Skupiały się wokół mojej siostry. Siostry, która według moich obliczeń lada dzień miała spodziewać się dziecka. Tysiące obrazów przesuwały się przez moją głowę. Jedno bardziej przerażające, bardziej pesymistyczne od drugiego. Rozmowa z Maćka i Kamila była ostatnią sprawą jaka mogłaby mnie zainteresować w tej chwili. Ich słowa, które notabene wydobywały się z ich ust, nie docierały do moich uszy. Rozmywały się gdzieś w przestrzeni.
Dopiero po dobrej chwili zrozumiałam, że do ich dialogu dołączył też trzeci głos. Instynktownie wyłączyłam się z mojego otępienia. Jak zwierzyna czująca zbliżające zagrożenie. Musiałam przygotować się do ataku. Tylko dzięki temu mogłam przetrwać. Tak, wiem. Znów poniosła mnie fantazja…
- Na pewno nic się nie stało. Bateria jej się może rozładowała i tyle. Może jest już w domu?- podrzuciła niepewnie blondynka.
Tak, ta sama, która łamała serce Maćkowi bez grama zakłopotania, ta która bezczelnie niszczyła przyjaźń chłopaków i w dodatku mieszała w sprawach mojej rodziny.
Była przegrana na starcie. Gdybym tylko mogła stać się bazyliszkiem…
- Zosia, ona nie wróciła do cholery! Jestem w kontakcie z teściową.- podniósł głos zirytowany Kamil. Ta bezczynność i brak jakichkolwiek informacji pobudzała najwyraźniej także jego wyobraźnię.
I wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałam. Ich kochana Zosieńka dostała jakiegoś ataku. Zaniosła się przerażającym, wręcz histerycznym płaczem, a jej blada twarz pokryła się czerwonymi plamami. Nie wspominając już o tym, że co po chwile czkała i nie mogła wydusić  z siebie ani jednego, składnie poprawnego, zdania. Nie wiedziałam czy powinien zająć się nią psycholog czy raczej Akademia Teatralna.
- Kochanie, co ci jest?- spytał łagodnie Maciek chwytając ją delikatnie za ramiona.
Może i byłam bezdusznym potworem, ale jej dziwny stan w ogóle mnie nie przeraził. Obrzydził. Zniesmaczył. Sprawił, że miałam ochotę popchnąć Maćka i za jego przykładem wepchnąć jej twarz w zaspę śniegu. 
- Ona…- czkała dalej Zosia- Ona… do… Cieeebie… ona…
- Jaka ona, Zosiu?- dopytywał dalej tym naiwnie łagodnym głosem Maciek próbując ją uspokoić.
Cel nie został osiągnięty. Blondynka zawyła niemiłosiernie z trudem łapiąc powietrze. Zachowywała się, jak mała dziewczynka, której zły pan nagle ukradł lizaka.
Wystawiała moją cierpliwość na ciężką próbę. Najwyraźniej bycie w centrum, było dla niej wartością niezwykle istotną, skoro musiało dopuścić się do aż tak ekspresywnego cyrku. Wystarczyło 5 minut abym rozszyfrowała cały jej system egzystencjonalny.
-Ew… Ew… Ewaaaa- czknęła jeszcze raz zalewając się jeszcze większą falą łez.
Zmrużyłam niebezpiecznie oczy.
-Masz coś wspólnego ze zniknięciem Ewy?- warknęłam ostrym tonem.
Zosieńka nie była osobą odważną. O, co to na pewno nie. Skąd to wiedziałam? A stąd, że zamiast się ze mną i z całą resztą podzielić swoją wiedzą, ona wolała wtulić się w swojego narzeczonego, jakby nigdy nic. Nie wiedziałam, że ktoś prócz Maćka może doprowadzić mnie do takiego stanu wściekłości. Wreszcie nadszedł ten dzień, kiedy roztrzaskałam się o ziemię i dostrzegłam brak wyjątkowości w skoczku, który prześladował moje myśli od kilku lat.
- Możesz w końcu powiedzieć,  co wiesz o mojej siostrze bo naprawdę nie mam ochoty tracić czas na twoje emocjonalne przedstawienie- powiedziałam rozdrażniona, szturchając ją lekko w plecy.
-Ola!- obruszył się Kot.- Daje jej spokój!
- Zaraz…- zaczęła znów jęczeć.- Twój… te..te…tefon… ona… dz…dz…dzwoniła i … pisa…ła.
Oczy wszystkich skierowały się na jej zaczerwienioną ze wstydu  i płaczu twarz. Zaczęłam łączyć fakty.
- Rozłączyłaś się! Rozłączyłaś się i wyłączyłaś telefon, kiedy dzwoniła Ewa!- wyrzuciłam z siebie oskarżycielsko wbijając palec w jej ramię.- Ty…
- Zosiu, to prawda?- spytał Maciek odsuwając się od swojej ukochanej .
- Ja nie wiedziałam… Ja myślałam, że ona…- tłumaczyła się  dalej blondynka.
Zaciśnięte wargi i przymrużone lekko powieki, które notabene nie były skierowane w moją skromną osobę, napawały mnie chorą satysfakcją.
- Dlaczego?- spytał ciszej.
Odkryła twarz i spojrzała na niego.
-Dlaczego?- spytała już pewniej- Bo ciągle jestem na drugim planie. Tylko skoki, twoi kumple, twoje pasje. Dodatkowo gdzie się nie obejrzę tam widzę Ewę, która mówi, niby przez przypadek, co słychać u Niej!- wskazała na mnie swoim paluchem,
Nastała cisza. Zosieńka najwyraźniej potrafiła wybuchnąć w lepszym stylu niż jej wybranek serca.
- Komórka- powiedział ostrym tonem wyciągając w jej kierunku.
Milczała. Chyba wiedziała, że rozmowa została zakończona. Zanurzyła swoją chudą dłoń w torebce, a by po chwili wyciągnąć z niej telefon i podać mu go. Maciek chwycił go natychmiast. Przez chwile przeglądał jego zawartość, żeby za chwilę krzyknąć.
-Wiem, gdzie ona jest! –emocje w jego głosie mówiły same za siebie, sprawa była poważna.- Chodź, Kamil zawiozę cię tam.
Już miałam się odezwać i zwrócić na siebie uwagę, gdy poczułam maćkową dłoń na moim przed ramieniu. Nie patrzył na mnie, nie patrzył na nią. Po prostu ruszył na przód, a ja zrobiłam to, co on, żeby po chwili zrównać krok z krokiem Kamila.
Mimo strachu byłam tak dumna, jak to tylko możliwe. Dumna, że udało mi się wygrać jakąś maleńką bitewkę w tej wielkiej wojnie. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Na współczucie względem Zosieńki zdobyć się nie potrafiłam. Ba! Nawet nie próbowałam..
**
                Droga dłużyła się mimo, że nasz kierowca dawno zapomniał o dozwolonych prędkościach i oblodzonej drodze. Czas. W tej chwili był tak bardzo cenny, jak jeszcze nigdy. Przez ciszę, która nastała w samochodzie zaczynałam popadać w małą paranoję. Co kawałek widziałam kamilowy samochód albo błąkającą się kobietę. Śnieg padał coraz mocniej i to wcale nie pomagało.
Musiałam w końcu zająć się czymś innym. Zająć umysł. Wmówić sobie, że szczęśliwe zakończenia istnieją.
Odpięłam pas i nachyliłam się w stronę Maćka, który siedział przede mną.  Moja twarz  była tuż obok jego ucha. Pozwoliłam sobie aby na moment zanurzyć się w  zapachu jego perfum, a później spytałam:
- Mogłabym zobaczyć tego SMS-a?
Drgnął. Nie wiem, czy to przez to, że go zaskoczyłam czy przez to jak blisko niego byłam. Czy to tak naprawdę było ważne?
- Kamil- powiedział Maciek.
Stoch wyciągnął z kieszeni telefon i podał mi. Z trudem wycofałam się na swoje miejsce. Teraz przecież Ewa była najważniejsza. Odnalazłam Go i przeczytałam najpierw raz, potem drugi i tak w kółko. Czytałam dopóki jego treść nie wryła się w moje myśli.
„Powiedz Kamilowi, że zaczęło się. Samochód zepsuty. Jestem tam gdzie ostatnio robiłam ci sesje. Czekam…”
Mój oddech stał się cięższy, a łzy sprawiały, że twarz mnie paliła. Wcześniejszy stan miał być strachem czy przerażeniem? Dobry żart. Dopiero teraz to poczułam. Drżącymi rękami  chciałam wytrzeć swoje łzy. Chciałam zatuszować swoją słabość. Bez skutecznie. Dopiero kiedy moje spojrzenie padło na lusterko zaczęłam odnajdywać jakikolwiek grunt pod nogami. Patrzył na mnie. Jego spojrzenie było zdeterminowane. Jakby chciał pokazać, że wszystko będzie dobrze. Jakby kazał mi być silną.
Uśmiechnęłam się blado do niego i odwróciłam wzrok.  Ledwo spojrzałam na szybę dostrzegłam upragniony widok. Nie mogąc wydusić z siebie ani słowa otworzyłam drzwi samochodu.
- Zgłupiałaś ?!-wrzasnął na całe gardło Maciek próbując wyhamować samochód. Musiałam chwycić się mocno zagłówka, żeby nie wypaść.  Okręciliśmy się o 180 stopni .
Kiedy samochód stanął wyskoczyłam z niego nie zważając na nic. Lód, śnieg, czy zszokowani skoczkowie w samochodzie. Nikt nie mógł mnie zatrzymać. Kiedy byłam już prawie koło samochodu Kamila usłyszałam, że biegną w moją stronę. 
-Ewa! Ewa!- zaczęłam się drzeć kiedy dobiegłam do samochodu i trzęsącymi rękoma próbowałam otworzyć drzwi. Cisza, która mi odpowiadała była najgorszą jaką kiedykolwiek słyszałam.
Szarpnęłam wreszcie za klamkę i rozejrzałam się po wnętrzu samochodu. Pusto. Cholera w środku było pusto! Widziałam porozrzucane przedmioty, torebkę i aparat.
- Nie ma jej!- krzyknęłam wychodząc z samochodu. Maciek i Kamil byli tuż obok.
- Kurwa mać!- wrzasnął Kamil chwytając się za głowę i szarpiąc ze wściekłości i rozpaczy włosy. – Musi gdzieś przecież być! Nie mogła się rozpłynąć w powietrzu!
Nie czekał na naszą reakcję. Nie zważając na śnieg, brak kurtki czy beznadziejność tego pomysłu, po prostu biegł. Biegł wrzeszcząc imię miłości swojego życia. Kobiety, która w swoim łonie nosiła jego pierworodne dziecko. Dla tej dwójki, w takich okolicznościach, był w stanie zrobić wszystko. Nawet dokonać niemożliwego.
Co ja robiłam?  Nic. Tak zwyczajnie byłam bierna. Patrzyłam się na oddalającą postać Kamila tracąc kontakt z rzeczywistością, z moimi emocjami. Zamykałam się w swojej szczelnej skorupie. Doskonale wiedziałam, że w każdej sekundzie jedyny stabilny grunt jaki miałam, moja rodzina, rozpadała się. Najważniejsza osoba w moim życiu, do której ostatnio miałam tak mało czasu, odchodziła na zawsze. Znikała. Tak po prostu.
- Znajdziemy ją- powiedział uparcie Maciek podchodząc do mnie. Spojrzałam na jego twarz, na zaszklone i zaczerwienione oczy i doskonale wiedziałam, że zaprzeczał sam sobie. Wydał wyrok. Tak, jak wydałam go ja.
I pewnie cała fala bólu, jak drzemała we mnie, wypłynęłaby ze mnie, gdyby nie to, co usłyszałam. Trzy krótkie zdania. Zdania, które zapamiętam do końca życie, które sprawiły, że uwierzyłam. „Oni żyją! Jestem ojcem! Ewa urodziła mojego syna!” Dzieliło nas parędziesiąt metrów, a i tak słyszałam wyraźnie Kamilowe wołanie.
Żyła. Naprawdę żyła! Nie byłam w stanie zrobić nic innego jak tylko wybuchnąć histerycznym śmiech i pozwolić, żeby wszystkie łzy, które hamowałam wypłynęły. Żyła! Ona żyła! Tego dnia wszystko było możliwe. Nic już nie mogło mnie zadziwić. Nawet Maciejowe ramiona, które z taką siły przyciągnęły mnie do siebie. Liczyło się tylko to, że ona żyła!
**
                A teraz zamknij na moment powieki. Zbyt wiele emocji, zbyt byłam zmuszona aby się angażować. Teraz zanurz się po prostu w otchłani idealnego świata.  Snij! Długo. Tyle ile tylko to możliwe. Snij!
                Ja śnię, kiedy tylko mogę.  Kiedy znów otwieram oczy czuje żal. Nutkę tęsknoty ale przede wszystkim żal. Dlaczego? Bo znów się nabrałam. Zatonęłam w morzu nadziei ,ale nie zwykłej nadziei. Nie. Utonęłam w nadziei tej najgorszej, tej beznadziejnej i złudnej do bólu. Tej z góry skazanej na niepowodzenie i upadek. Czasem się gubię i w popłochu próbuję nauczyć się utrzymać na powierzchni wśród zbyt dużej ilości wody. Wreszcie ręce i nogi padają ze zmęczenia.  A może one jako pierwsze są w stanie zaakceptować prawdę? Umysł, serce i inne organy wiedzą o tym dużo później. Zazwyczaj po fakcie. Tonę. Zawsze tak jest. Nikt nie pomoże, nikt nie rzuci magicznego i bezpiecznego koła ratunkowego. Koniec. To koniec. Pozostaje tylko jedno- cierpienie. Więc cierpię. Wreszcie godzę się z tym i to odrobinę pomaga. Przynajmniej nie szkodzi… Do wolności jeszcze daleka droga ale…
                Nie jestem pewna ale chyba właśnie wypływam. To nie moja zasługa. To nie moja wina.  Ale ten długi cykl się zamyka właśnie teraz, w każdej chwili. Chyba… W spokojnej i przeźroczystej już tafli widzę Jego odbicie. To on sprawia, że potrafię się podnieść. Że potrafię walczyć. Dziś jeszcze nie, ale jutro? Może. Poddaje się . Tafla mnie unosi, kieruje moim losem. Jak przeznaczenie. I wcale nie jest gorzej.  Pierwszy raz to zauważam. Choć tonęłam wiele razy. Dziwne. Panicznie boję się kolejnej fali, kolejnego braku tlenu i wody ciągnącej mnie w dół, więc jestem ostrożna. Nie poddam się ale też nie zaryzykuję.  Chyba już nie potrafię. Ostatnim razem straciłam powietrze na wiele miesięcy. Może nawet lat? Rzuciłam się w rozszalałą otchłań, która dala mi to na co zasłużyłam. Niemoc.  Ból. Żal. Lekką skruchę. Potężną dawkę świadomości, że to był błąd. Chyba nawet dostałam ociupinkę wiedzy, żeby cały czas być świadomą, że to było złe, nie dobre i zniszczyło mnie i jego od wewnątrz.
                Odrobinę przyzwyczaiłam się do tego rytmu fal, że teraz gdy wstaje na ląd wszystko jest dziwne. Inne. Jakby, nowe? Chyba zapomniałam już jak to jest gdy kieruję sama swoim życiem. Wolność trzeba dawkować.. Zawsze ją dawkowałam albo mi dawkowali. Chcę ją w pełni. Dziś czuję, że chyba w końcu poradziłabym sobie z jej ciężarem. Mimo to, to zbyt mało. Potrzeba więcej.  Dziś sądzę, że o prawdziwej wolności nie decyduję ja sama, a inni. Wszyscy ludzie, których kochamy, szanujemy,  których potrzebujemy i dzięki, którym egzystujemy. To oni decydują o naszej wolności. Przekazują ją sobie z dłoni do  dłoni i czasem odrobinkę podrzucają nam, żeby poprawić nam humor. 
                Chyba się powtarzam. Chyba paplam trzy po trzy. Ale to on ma moją wolność. Ma jej więcej niż sam wie i więcej niż bym sobie życzyła. Wykradł podstępnie trochę zbyt wiele z rąk pozostałych, kiedy byli zbyt zajęci swoimi sprawami. Przebiegły cwaniak. Może nawet łotr.  Choć nie wykluczam opcji, że gdzieś na progu skoczni w Val di fiemme sporą część oddałam bez sprzeciwu. Ot tak, po prostu.
                Kamil też stracił jej sporo. Nie. On oddał ją machając aby biegła szybciej bo nie zdąży! Dziś kiedy patrzę w jego zaszklone oczy. Tak zaszklone! A przecież jeszcze podobno on nie znał słowa strach. Zawsze z zimną krwią walczył z grawitacją, prawami fizyki, wiatrem i krytyką. Dlaczego dziś to się zmieniło? Nigdy bym nie zgadła!  To wszystko przez maleńką istotkę, która go odmieniła. Odmieniła tak nie odwracalnie. Wszystko było nie ważne. Tylko ten zaczerwieniony, delikatny uścisk drobnych paluszków. Nowe życie. Tak bezpośrednio złączone z jego życiem.
                Zazdrościłam mu. Czego?  Nie chodziło tu o to, że poczułam nagły instynkt macierzyński. Nie, to nie to. Po prostu zauważałam coś. Coś istotnego. Obojętnie, co miało się wydarzyć , złego czy dobrego. On nigdy nie miał już utonąć.  Koło ratunkowe. Znalazł je.  Ta mała istota miała pokonać wszelkie zło. Skąd to wiedziałam? Widziałam to w jego oczach. Tak. Mimo wzruszenia można było to dostrzec.
                Byłam tak zafascynowana obrazem Kamila, że uszczęśliwiona acz wyczerpana Ewa, odeszła na drugi plan. Podziwiałam ją. Dziękowałam Bogu, że nic jej nie jest. To oczywiste. Kiedy ochłonęłam zauważyłam, że to właśnie w jej mężu, nie w niej dokonała się przemiana. Ewa wiedziała w co się pakuję. Zdawała sobie sprawę bardziej niż on. Zresztą zawsze tak robiła. Planowała tak długo, aż była w zupełności pewna, że tego właśnie chce. Tylko tego pragnie. Była przygotowana. Dojrzewała każdego dnia więc nie było nagłego szoku. To nie był dla niej grom z jasnego nieba.
                Tak przynajmniej podejrzewam… Tyle wywnioskowałam, kiedy na nich spojrzałam.  Piękno, moc, niezniszczalność. Idylla istniała. Oni szukali ją tak długo, aż znaleźli.
                Łza. Chyba ją poczułam. Przepłynęła niepostrzeżenie kreśląc własną drogę wzdłuż mojego policzka. A potem spadła. Tak to musiała być łza. Nie od razu rozpoznałam bo miała zupełnie inny smak niż zawsze. Zapomniałam już, że takie istnieją. Łza szczęścia.  Łza wzruszenia.  Na mojej twarzy. To był bezsprzeczny znak. Coś się zmieniło.  Poczułam to.  Teraz byłam pewna.
                Moje serce istniało i biło tak samo realnie, jak serce tej nowoprzybyłej istoty. A może znów śnię?

**
Trochę taka telenowela.
Za problemy techniczne i błędy przepraszam.
Oceniajcie!

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Rozdział II, cz. I

    Dedykacja dla Natalii. Męczyłam ją tyle razy fragmentami tego rozdziału, że jej się należy.
**  
          Ten dzień był szalony. I tu wcale nie chodzi o moją wyobraźnię czy ciągłą potrzebę komplikowania sobie życia. Tym razem nie było ani grama mojej winy. Praktycznie w ogóle! No może jednak...
         Życie ułożyło taki scenariusz, że sam Polański wpadłby w kompleksy. W dodatku ciągle nie świadomie igraliśmy nad przepaścią. Każdy z nas miał swoje sprawy na głowie,  a zakończenie... No właśnie to trzeba opowiedzieć od początku.
**
           Po raz setny przekręciła kluczyk w stacyjce. Krótkie robiące złudną nadzieję kaszlnięcie maszyny i cisza. Znów! Uderzyła zaciśniętą pięścią w sam środek kierownicy, która wydała krótki odgłos.
Była ugotowana, a na jej nieszczęście śnieg zaczynał padać co raz mocniej. Przyłożyła dłonie do brzucha próując uspokoić nie tylko siebie ale i kopiące dziecko. W głowie huczały jej przyszłe słowa jej matki "A nie mówiłam", co jeszczebardziej doprowadzało ją do białej gorączki. Sięgnęła z siedzenia obok, torebkę i rozpoczęła poszukiwania swojego telefonu.
Herbatniki, klucze do mieszkania, pomadka, chusteczk. Było dosłownie wszystko, a telefon na samym dnie, schowany na wypadek gdyby miał się  przydać.
Odblokowała go. Zasięg na szczęście był i jedna kreska baterii też powinny wystarczyć. Zegar wskazywał 13.12.
Zaklęła.
Trwał trening i właśnie na nim przebywał jej mąż i większość jej przyjaciół.
Około 40 km do skoczni. Była w kropce, a do matki nie miała zamiaru zadzwonić, już i tak pokłóciły sie od rana o pracę w zaawansowanej ciąży.
Nagle znieruchomiała ledwo łapiąc powietrze, Pochyliła sie do przodu nie kryjąc grymasu bólu. Coś było nie tak. I to bardzo nie tak.
- Jeszcze tego brakowało, żebym... O Boże!- wrzasnęła piskliwym głosem blondynka usilnie próbując zatrzymać przeszywający ból.
**
          Jakoś nie mogłam powstrzymać się, aby tam nie stać. Pare metrów od niej. Nawet doszło do tego, że zaczęłam analizować jej odstające uszy i zbyt jasne blond włosy. Kompletny brak makijażu i wielka czerwona kurtka. Wcale nie była ładna. Była za to tandetna i przewidywalna. Cieszyła się, że chociaż pada śnieg i nie musiałam oglądać słońca odbijającego sie od złotego pierścionka na jej palcu, który powodował ,że chciałam oślepnąć. Tak, zdołałam go dojrzeć. Denerwowała mnie nawet tym ściskaniem kciuków, kiedy na bele pojawiał się Polak i posyłanie niewdzialnych całusów do Maćka, gdy kończył skok. Miałam ochotę włożyć jej w usta podwójną dawkę śniegu. Może to sprawiłoby, że znormalniałaby choć odrobinę.
Nagle usłyszałam dźwięk telefonu. Jej telefonu. Patrzyła na wyświetlacz dobra chwilę, jakby nie wiedziała, czy odebrac czy udać, że nie zdąrzyła. Ciekawość zrzerała mnie od środka. Moja dziennikarska wyobraźnia sprawiała, że niemal widziałm napis z jakimś męskim imieniem na wyświetlaczu jej telefonu. Historia zaczęła sama układać się w mojej głowie. Podwójne życie, zdrada i jej nie zaspokojony kochanek. Nie mogła być taka idealna jaką grała.
Podeszłam kawałek bliżej.
Nadal nie odbierała.
Po chwili telefon zamilkł. Widziałam, jak przytrzymuje przycisk telefonu i chowa telefon do torebki.
Cwana bestia! Wyłączyła go bo najwyraźniej nie chciała żeby ktoś ją dorwał lub nie była to odpowiednia sceneria na tego typu rozmowy. Przecież tuż pod nosem miała naiwnego narzeczonego. W tej chwili uzmysłowiłam sobie, że mam nowy cel. Musiałam ją zdemaskować i to jeszcze dziś!

**
             Coś się działo. To było pewne. Ona coś kombinowała. Kręciła się z miejsca na miejsce, była poddenerwowana po każdej rozmowie z Maćkiem i pozostałymi chłopakami. Raz długo rozmawiała z Krzyśkiem. Była nerwowa i co po chwilę zerkała czy ktoś nie podsłuchuje. Czułam, że trafiłam w dziesiątkę. Wtedy mnie zaskoczyli.
                On dotknął jej policzka i spojrzał głęboko w jej oczy. Ileż było w tym spojrzeniu skupienia! Jego wielkie oczy chłonęły każde słowo, które wypowiedziała. To było pewne. Mieli romans. Nigdy w życiu nie sądziłabym, że ktoś może być tak durny i zdradzać swojego narzeczonego tuz pod jego nosem. Nasza Zosieńka nie była zbyt inteligentna jak widać.
                Rozejrzałam się dookoła. Cholera! Ani śladu Maćka! On zawsze pojawiał się kiedy chciał i znikał gdy miał na to ochotę. To on znajdywał. Mimo wszystko nie mogłam przegapić sytuacji.  Wyciągnęłam telefon i zrobiłam zdjęcie. Musiał to zobaczyć bez dwóch zdań. Nikt nie będzie krzywdzić go w taki sposób. Nikt prócz… Nie ważne.
                Czułam tak chore podniecenie, że ledwo potrafiłam normalnie stąpać po ziemi. Chciałam go już znaleźć, chciałam zlikwidować ją z jego życia choć teraz. Wśród tych wszystkich ludzi. Byliśmy sobie przeznaczeni. Musiał to wiedzieć. Co ja mówię! On wiedział to długo przede mną! Gdyby nie ona nigdy by o tym nie zapomniał.
Przyspieszyłam. Moje tempo spokojnie można było nazwać truchtem. Lub apokaliptyczną zagładą.
**
                Bingo! Dostrzegłam go. Właśnie podchodził do Kamila. Rozmawiali. Był tam też Piotrek i Dawid. Trening zakończony, jak widać.                 
Zwolniłam.
Nagle poczułam wyrzuty sumienia. Nie powinnam . Nie mogłam wręcz. Nie wspominając już o tym, że nie miałam najmniejszego prawa. Mimo wszystko moje nogi bardzo powoli kierowały się w ich stronę.
Usłyszałam podniesiony głos Kamila. Był czymś wyraźnie przejęty.  Wyciągnął telefon z kieszeni i odszedł kawałek dalej. To była ta chwila.
Stanęłam tuż za nim. Czułam jego zapach ,a jego sylwetka sprawiała, że traciłam wszelkie umiejętności , które były niezbędne do przekazania tej wiadomości.
Dotknęłam delikatnie jego ramienia. Chciałam, żeby odwrócił się w moją stronę, żeby znów spojrzał na mnie tymi swoimi ciemnymi oczyskami.
Poruszył się. Najpierw spojrzał na mnie przez ramię, a później odwrócił się . Był skupiony, nie na mnie, na czymś zupełnie innym. Coś co w całości pochłaniało jego umysł. Coś, co już za chwilę dzięki mnie miało okazać się błahe i nie ważne.
- Tak?- spytał.
- Ja…- odwróciłam wzrok nie wytrzymując jego intensywności. – Jestem dziennikarką i poznaliśmy się w dzień twoich zaręczyn.
Zamyślił się na moment. Szukał tego wspomnienia zabawnie marszcząc podbródek.
- Już pamiętam.-odparł po chwili. –Teraz nie mam zbytnio czasu na wywiady.
-Ale ja..- zaczęłam.
- Mam teraz inne rzeczy na głowie. Niech Pani zadzwoni to się umówimy.- powiedział nie dając dojść mi do słowa.
- Ja nie…- próbowałam dalej.
- Powiedziałem nie teraz.- odparł ostro dając mi wyraźnie do zrozumienia, że powinnam odejść. Odwrócił się i zaczął rozmowę z Piotrkiem.
Mówiąc kolokwialnie, zatkało mnie. Zgasił cały mój zapał, całą energię zastąpił rosnącym gniewem. Jak dawniej. Nadal w parę sekund potrafił doprowadzić mnie do szału. Desperacja i irytacja sprawiły, że stałam się jeszcze bardziej uparta.
- Ona cię zdradza,  do cholery Kot!- zawołałam w jego stronę.
Wszystkie pary oczy zwróciły się w moją stronę. Kot zesztywniał. Przynajmniej dzięki temu ‘małemu wybuchowi’ znalazłam się w centrum zainteresowania.
- To nie najlepsza chwila.- zaczął powoli Piotrek przyglądając mi się uważnie. Bałam się, że pod jego czujnym spojrzeniem moje włosy znów zmienią kolor, a wszystkie inne sztuczki, które pozwalały mi pozostać anonimową roztopią się i ukażą po prostu mnie. Olkę. Tą znienawidzoną zapewne przez nich wszystkich Olkę.
-Mam zdjęcie.- powiedziałam bardziej po to, żeby spojrzeli w inną stronę. To była taka nie przemyślana, bezpieczna opcja. Mniejsze zło i tak dalej.
Wyciągnęłam telefon przed siebie, żeby zobaczyli przyłapanych na gorącym uczynku kochanków. Moje spojrzenie odruchowo powędrowało w kierunku Maćka.
 Stał się posągiem. Bez uczuć.  Jego rysy spoważniały, oczy nie wyrażały nic. Pustka. Przerażająca pustka jaka biła z jego oblicza przeraziła mnie. Na zdjęcie spojrzał tylko przez moment. Później zastygł w bezruchu. Jak w hipnozie. Zimnym i nie ludzkim otępieniu.
- Stary…- powiedział do niego Piotrek.
-Nie!- odparł ostro odsuwając się kawałek. Z tym jednym słowem wracały wszystkie emocje. To była potężna fala, która oblewała go w błyskawicznym tempie. To nie była zwykła wściekłość, rozczarowanie czy cierpienie. To było coś więcej. Zrozumiałam to dopiero, gdy z jego ust padło zdanie, które zmroziło moją krew, sprawiło, że zapomniałam o oddychaniu.
- Zostawcie mnie i Olę na moment samych.
Kiedy to mówił nie patrzył na mnie, nie patrzył też na nich. Jego spojrzenie nabierało szalonego rozpędu i czekało na wybuch. Zdałam sobie sprawę, że najwyraźniej nie chciał wyjaśnić ze mną szczegółów zdrady jego lubej. Ten temat w ogóle go nie zainteresował. Nie w takim stopniu. Wolał skupić się całkowicie na mnie.
                Zapłon został zapalony. Ogień z co raz szybszą prędkością snuł w stronę ładunku wybuchowego. Nie było już odwrotu. Nie byłam taka głupia żeby łudzić się, że wszystko może skończyć się dobrze. Za dobrze go znałam. Zbyt byłam pewna, że ten dzień i ten wybuch nastąpi.

**
I jak?
Śledzicie to opowiadanie jeszcze?